poniedziałek, 9 listopada 2009

"Zupa z granatów" Marsha Mehran

Kiedy ta książka, Zupa z granatów, została wydana, miałam ją w ręku i zastanawiałam się nad jej kupnem. Zachęcała mnie do tego okładka i jej opis. Jednak jeden mały szczególik zmienił moją decyzję: ta miotła w kąciku, sugerująca, że jest to lektura dla kur domowych, tylko dla kobiet, przynajmniej ja to tak odebrałam. Jednak potem nazwisko autorki wróciło do mnie podczas lektury kilku pierwszych wydań czasopisma Bluszcz. Teksty Mehran były jednymi z pierwszych za które się zabierałam i jednymi z niewielu, które naprawdę warto było czytać. Stwierdziłam więc, że miotła miotłą, ale za książkę się jednak zabiorę. I w sumie warto było.

Trzy siostry, uciekinierki z Iranu, mające za sobą ciężkie przejścia i trudne decyzje do podjęcia, po wielu przejściach osiadają w końcu w małym miasteczku w Irlandii. Wynajmują tam nieczynną piekarnię od sympatycznej starszej pani i otwierają Cafe Babilon. Jednak siostry i sama restauracja wzbudzają w niektórych mieszkańcach niechęć, nawet wrogość.

Marsha Mehran pisze lekko i sympatycznie. Bo nie ukrywam, że książka ta jest właśnie lekką, ciepłą lekturą, którą czyta się w tempie ekspresowym. Spodobały mi się trzy siostry, które pomimo wcześniejszych przeżyć są jakoś wewnętrznie opanowane, przyjazne i które są odważne, zaczynając wszystko od nowa w nowym kraju, niezapominając tego kim są i skąd pochodzą. Ale książka ta przykuwa uwagę głównie wspaniałymi opisami gotowania i przygotowywania różnorodnych dań irańskich. Przeczytałam w tej niewielkiej w sumie książce o tylu smakowitych daniach! Faktycznie nie należy zasiadać do lektury Zupy z granatów z pustym żołądkiem. I tylko tak bardzo brakowało mi aromatu tych specjałów sióstr Aminpur...
Zupa z grantów to szybka, ale miła lektura.

P.S. W książce zamieszczone jest trzynaście różnych przepisów. Z nich wszystkich mnie najbardziej zainteresowały słoniowe uszy - gusz-e fil, które mam nadzieję kiedyś zrobić.

5 komentarzy:

kolmanka pisze...

hehe miałaś zabawne skojarzenie z tymi miotłami:)
Ja czytałam drugą część książki " Woda różana i chleb na sodzie" i nawet wykorzystałam jeden przepis na potrawę o nazwie "Tachczin":) Fakt, szkoda, że kartki nie wydzielają aromatów na nich opisanych...

Caitri pisze...

Ja już czasmi tak mam: dziwne skojarzenia to moja specjalność ;)

Wpisałam sobie kolejną część na listę do przeczytania.

bursztynowa pisze...

Mnie też się podobała :) To bardzo "smakowita" książka, a te wszystkie przyprawy i zapachy...aż by się chciało powąchać i posmakować.

Maniaczytania pisze...

O rety - jak można było tak "miotłę" skojarzyć? :)))
To w tej chwili zdecydowanie moja ulubiona seria, "Zupę ..." czytałam już dawno temu, u mnie na blogu znajdziesz recenzję "Bólu kamieni", a niedługo jak sie zbiorę dwie kolejne recenzje - "Ja, Tituba, czarownica z Salem" i "Kamienie przodków" - obie niesamowite. W kolejce czekają następne dwie, a ja zamierzam napisać list do Mikołaja po kolejne z tej serii ;)

Caitri pisze...

Ha! To tylko jest dowód na to, jak różnie można odebrać tą samą rzecz. Ale to chyba dobrze, dzięki temu nie jest nudno ;)

Chętnie przeczytam Twoje recenzje! :D

I powinni dodawać do "Zupy..." jakąś torebkę zapachową ;)