poniedziałek, 21 listopada 2011

"Karaibska krucjata" Marcin Mortka


Nie jeden już raz przyznawałam się, że morza nie lubię. Wody się boję, nigdy więc nie nauczyłam się pływać, podczas lekcji na basenie w LO przyprawiałam mojego nauczyciela o zawał serce, niemalże co chwilę idąc na dno. Sama się więc sobie dziwię, czemu w sumie lubię książki i filmy z morzem związane. Uwielbiam serię C.S. Forestera o Honblowerze, zawsze przepadałam za piratami. Teraz znowu sięgnęłam po kolejną książkę o podobnej tematyce, tym razem z naszego podwórka. I bardzo dobrze zrobiłam!

William O'Connor w sumie nie chciał zostać piratem. Po prostu tak czasem bywa, że człowiek nie ma innego wyjścia i musi się zbuntować przeciw złu, niestety ponosząc tego konsekwencje. Na szczęście dobrze się ułożyło dla Billy'ego, że ma za sobą oddaną załogę i wiernych przyjaciół, którzy samego go nie zostawią. Nawet wtedy, gdy dzielny kapitan niewielkiej Magdaleny postanowi co chwilę wpadać w niezłe kłopoty, walcząc z okropnymi piratami, przeciwstawiając się Hiszpanom czy ratując damę z opresji.

Dylogia Marcina Mortki jest po prostu rewelacyjna. Nie bardzo wiedziałam za co się biorę, bo niczego wcześniej o tych książkach nie czytałam, po prostu poszłam do biblioteki, a część pierwsza, Płonący Union Jack, sama wpadła mi w ręce. Już po pierwszych kilkunastu stronach wiedziałam, że muszę zdobyć i część drugą. Bo czego w tych książkach nie ma? Są świetni bohaterowie, jest niesamowicie dużo zwrotów akcji, jest przedni humor i jest intryga. Są abordaże i walki, są tawerny i są niespokojne wody. Cała wspaniała, niesamowicie oryginalna, załoga co chwila wystawiana jest na niejedną próbę. Walczą i z pogodą na pełnym morzu, i z nieobliczalnym przeciwnikiem.
Nie ukrywam, że mnie się najbardziej podobały postacie i humor zawarty w tych książkach. Całym sercem polubiłam kapitana O'Connora, młodzieńca skorego do 'strzelania focha', ale niesamowicie dzielnego. Moim kolejnym faworytem jest porucznik Edward Love - człowiek o nieskazitelnych manierach i zawsze idealnym mundurze. Z resztą cała załoga, aż po dwie okrętowe papugi, to galeria cudnych po prostu oryginałów. Dzięki nim śmiałam się niejednokrotnie podczas lektury powieści.

Karaibską krucjatę polecam wszystkim z czystym sumieniem: jeśli macie ochotę na zabawę, śmiech i dużo, czasem niemalże niemożliwych, przygód. Ja na pewno nie miałam bym nic przeciw temu, by dylogia stała się trylogią.

4 komentarze:

Tomek pisze...

Kończę czytac właśnie opowiadanie Mortki ze zbioru "Strasznie mi się podobasz". Jego opowiadanie sprawia, że mam ochotę zamówic wszystkie jego książki, usiąśc w jeden wieczór i przeczytac wszystko. Jest niesamowity. Recenzja świetna, a ja na pewno w końcu natrafię na tę książkę ;)
Pozdrawiam

Agnes pisze...

O, bardzo dziękuję, zwróciłaś moją uwagę na tego autora, zresztą okazało się, że go troszkę już poznałam, z jednej antologii. Zajrzałam do notatek i proszę, też tematyka marynistyczna! :)

Wieniu pisze...

Przyznaję ze wstydem, że nie czytałem tych pozycji i sam autor nie jest mi znany. Dzięki za wskazówkę i natychmiast obieram kurs na wyżej wymienione pozycje. Dzięki.

Pozdrawiam.

Ahoj!

kapitanwien.bloog.pl

Rusty Angel pisze...

Moje egzemplarze mają na marginesach mnóstwo dopisków ołówkiem, bo starałam się wyłapać wszystkie kulturowe nawiązania, jakie autor umieścił w tekście. Strasznie lubię te książki!